Dzięki uprzejmości i współpracy podjętej z p. Marzeną Nowak, prezes stowarzyszenia „Polki w Berlinie e.V“ miałem ostatnio przyjemność poprowadzić wykład na temat istotnych a niejednokrotnie pomijanych elementów przy podpisywaniu umów ubezpieczeniowych.

Jest to temat dosyć kompleksowy, jednak udało mi się przeprowadzić wykład w przejrzysty i czytelny sposób dla przybyłych uczestniczek, przy bardzo entuzjastycznym podejściu i nader aktywnym współuczestnictwie, co miało wyraz w obszernej ilości pytań, na które odpowiadaliśmy sobie na bieżąco. Zatem zacznijmy od podstaw.

Musimy sobie jasno i otwarcie powiedzieć, po co żyjemy ?

Czego nam by nie wpajano, co byśmy sobie nie mówili, cel jest tylko jeden. Właściwie dwa-my, sami, dodaliśmy ten drugi.

To prawo biologii – przedłużenie gatunku. Po to żyjemy. To jest to sedno naszej egzystencji. Ten drugi powód, to wartość dodana, czyli jak sobie to życie uczynić przyjemniejszym i bardziej komfortowym. Aż chce się zażartować i powiedzieć „i tu wkraczamy my, doradcy, proponując konkretne rozwiązania na życie, zabezpieczając je finansowo“. Ale do rzeczy.

Drobne różnice

Trzeba tu odróżnić egzystencję od życia, w naszym tego słowa rozumieniu. Egzystujemy, kiedy biernie akceptujemy rzeczywistość i to, co los nam przynosi, reagując tylko na ewentualne jego przeciwności. Bronimy się i trwamy. Odwrotnością tej postawy jest aktywne kształtowanie naszego losu, podejmowanie decyzji i analizowanie ich. Jeżeli są dobre, czyli po naszej myśli, cieszymy się i wytyczamy sobie nowe cele do realizacji. Jeśli podjęte decyzje były nietrafione, zastanawiamy się, co mogliśmy wykonać lepiej i nie powielamy błędów.

Mamy prawo się mylić, bo nie ma jednakowych sytuacji, tak jak nie ma jednej, złotej recepty na wszystko. W tym drugim przypadku rozwijamy się, co by nie powiedzieć i zdobywamy wiedzę i doświadczenie. Jeżeli dzięki temu potrafimy zapewnić sobie, choćby w miarę komfortowy żywot, to wygraliśmy. Troski, zmartwienia, niepewności, one zawsze będą nam towarzyszyć, bo są wpisane niejako w nasze życie, poprzez interakcje z innymi ludźmi, z których każdy niesie własna historię, doświadczenia i potrzeby, a te nie muszą być zbieżne. Możemy jednak zminimalizować je i uczynić bardziej przystępnymi do pokonania. Celem do tego jest zapewnienie sobie bytu materialnego, uczuciowego, czy duchowego. Ktoś syty, najedzony, może spokojniej tworzyć, myśleć, funkcjonować, mieć chęć do poznawania nowych rzeczy i ludzi, ponieważ nie jest wyłącznie nastawiony „na przeżycie”, czyli zapełnienie żołądka. Kulinarna analogia ale jak najbardziej podyktowana biologią, która nas określa. I nie ma się co oszukiwać, że jest inaczej.

Eat, pray, love” – jedz, módl się i kochaj. Czyli usatysfakcjonowany, bezpieczny, myśl i wchodź w interakcje z innymi. Podejmuj decyzje, wytyczaj sobie cele i je realizuj.

Siła reklamy.

Coś o horrorach – lekkiej perwersji. Jest tyle zła dookoła a my jeszcze się go domagamy dodatkowo w tej formie. Lubimy się bać. To dziwne, bo sprzeczne z naszym instynktem. Reklamy – lubimy być oszukiwani, to też kuriozum, bo kto lubi, tak na prawdę ? Reklamy butów tworzących naszą osobowość (?), czy posiadanie najnowszego smartfona ma czynić z nas lepszych (?), choć zapytani śmiało twierdzimy, że tak nie jest. Na tym polega kolejny problem – nikt już nie chce być sobą. Internet, media społecznościowe, programy TV dla idiotów…każdy chce być kimś innym. Nikt nie chce w lustrze zobaczyć samego siebie. Reklamy butów wiodącej marki mówią – kup mnie, miej osobowość. – Od kiedy to, do cholery, buty określają osobowość człowieka ? Kawałek polietylenu i plecionki wartej 10€ a sprzedawanej za 150€, bo tak nam mówi reklama.

Nie podejmujemy już własnych decyzji.

Podejmują ja za nas firmy i korporacje. Zabawne, że tego nie dostrzegamy. Reklamodawcy nęcą nas hasłem, kup to! bądź indywidualny…a wszyscy ubieramy się tak samo w sklepach-sieciówkach licząc, że naszą osobowość ( którą indywidualnie dają nam nowe buty ! ) podkreśli nowy zakup i jeszcze bardziej uwydatni naszą boskość, niepodrabialny wygląd i styl na ulicy.

Nie oszukujmy się.

Nie ubieramy się dla siebie. Ubieramy się dla innych ( dorabiając przy tym ideologię, aby usprawiedliwić się przed samym sobą, bo w gruncie rzeczy czujemy, że robimy coś wbrew sobie ) ale wciąż potrzebujemy akceptacji, uznania, pochwały. Naszą świadomość kształtują media, w takim stylu i z taką mocą, że już przestaliśmy odróżniać, co jest dobre a co złe. W sumie, to indywidualne odczucie, ale fakt pozostaje faktem. Oglądając dramaty wzruszamy się nad losem innych, myśląc „też bym tak postąpił, gdyby mnie to spotkało”, jednak w realnym świecie oceniamy innych po wyglądzie i zatopieni, słuchając z lubością ulubionej muzyki na słuchawkach w metrze, denerwujemy się, gdy ktoś trąca nas w ramię chcąc przecisnąć się do wyjścia. Jest to strach i niepewność przed zareagowaniem uśmiechem, czy powiedzeniem zwykłego „przepraszam”, czyli podjęciem decyzji, która musi nas na chwilę wyciągnąć z naszej strefy komfortu i sprowokować interakcję z rzeczywistością.

Kilka lat temu, wracając z pracy, zobaczyłem starszą kobietę, która siedziała w zimny, zimowy dzień na stacji metra, próbując się trochę ogrzać na ławce. Kupiłem jej kawę i bułkę ale podając jej to, spojrzałem mimochodem na nogi, w dziurawych i rozpadających się butach. Staruszkę tą widziałem często w tym samym miejscu o tej samej porze. Podjąłem decyzję przynieść jej buty. Pewnego dnia pojechałem tam z żoną, jednak staruszki nie było. Żałuję, i tylko mogę mieć nadzieję, że udało jej się znaleźć lub dostać lepsze obuwie. W każdym razie próbowałem.

Tak samo nie każda nasza decyzja musi być zakończona sukcesem. Warto jednak próbować, wychodzić na przeciw i zmagać się z życiem. Tylko wtedy będziemy mieć poczucie, że żyjemy a nie biernie konsumujemy rzeczywistość w nadziei, że wezmę i dam radę, co los przyniesie. I tak od reklamy, poprzez psychologię, przejdziemy do podejmowania własnych decyzji w kwestii kształtowania swojej przyszłości. Wiem, brzmi cholernie skomplikowanie, ale tak na prawdę, to jest jeszcze bardziej (cholernie) proste.

Banki i ubezpieczalnie…

Nie schodząca z nagłówków gazet sytuacja w sektorze emerytur wymaga nowego spojrzenia na problem ubożenia przyszłych emerytów i diametralnej zmiany naszego podejścia. Wbrew temu, co się ogólnie mówi, emerytury będą faktycznie maleć względem cen i wydatków. Z kolei nasze składki emerytalne, odciągane z naszego wynagrodzenia będą wzrastać.

To jest oficjalna prognoza rządu do roku 2045. Bankowa, wcale nie wygląda inaczej.

Poproszę rozwiązanie ?

Nie od dziś wiadomo, i każdy to przyzna, że musimy sami, prywatnie zabezpieczyć naszą przyszłość na naszych warunkach i tak, aby uzyskać ów komfort życia w niedalekiej przyszłości. Świnka skarbonka, materac, czy przysłowiowa skarpeta są pewnym bankiem. Posiada on jednak małą wadę – nie uwzględnia utraty wartości pieniądza, czyli tak zwanej inflacji.

Jeżeli artykuły spożywcze, takie jak masło podrożały ostatnio o 60-80%, mięso średnio o 10% a bilety komunikacji miejskiej o 5%, to jak to się ma do informacji rządowych, dostępnych w prasie, czy telewizji, że inflacja jest zadowalająco niska i wynosi między 1,8% a 2,2% ?

No, cóż. Obliczanie tak zwanego „koszyka inflacyjnego”, czyli towarów pierwszej potrzeby kupowanych przez statystycznego klienta jest zręcznie manipulowana, trzeba chyba śmiało użyć tego słowa, o ile nie trochę zaniżona.

Nikt z nas nie kupuje co miesiąc nowego telewizora, których cena relatywnie spada, w związku z rozwojem techniki, a one też lądują w wymienionym koszyku. To przykład jeden z wielu, pokazujący bezduszność systemu. Bo przecież o celową manipulację ciężko jest kogoś posadzić ? Zarabiając dziś ok. 2.000€ na rękę, pracując 40 lat, otrzymamy ok. 600€ emerytury. Czyli, idąc tym tokiem rozumowania, będzie nam brakować jakieś 1.400€ do dzisiejszego poziomu życia. Oczywiście pensje też wzrastają w tym czasie, jednak nie dość szybko i nie w takiej wysokości, aby tą lukę emerytalną zamknąć. Chcąc zadbać o siebie, powinniśmy, czy nawet wręcz musimy, posiadać prywatne ubezpieczenie emerytalne, które nam w tym pomoże. Właściwie to już „mus“. Kto twierdzi inaczej, jest w grubym błędzie i czeka go twarda rzeczywistość.

Paradoks banków polega na tym, że powierzamy im nasze pieniądze w zamian za zysk, czyli odsetki. I te odsetki, owszem, dostajemy. Niezależnie od wysokości wspomnianej już inflacji. Odsetki są stałe, niestety. W zależności od produktu – konto gotówkowe, oszczędnościowe, książeczka oszczędnościowa lub mieszkaniowa, etc. – mniejsze lub większe.

Nie ważne, czy inflacja jest wysoka, czy niska. W 90 przypadkach na 100 otrzymujemy zysk poniżej jej poziomu, czyli sukcesywnie tracimy pieniądze. Gdyby jeszcze bank zachował się fair i dopasowywał nasz zysk (odsetki) do poziomu inflacji…lub nawet dzielił się z nami zyskiem z naszych pieniędzy 50/50 ? Teoretycznie mógłby, przecież inwestuje na rynku te pieniądze nierzadko na 15-20%. Mieć 10% zysku rocznie ! To jest pokusa ! Jednak w tej kwestii nasz entuzjazm zostaje gwałtownie mocno ochłodzony. Bank ma swoje potrzeby. Musimy sfinansować z tych pieniędzy pensje pracowników, opłaty i koszty bankowej działalności, gaże dyrektorskie i menadżerskie oraz reklamę w telewizji. W sumie, budzi się w nas wewnętrzny sprzeciw. Pensje ok, ale reklama ? Z moich pieniędzy ? Przecież nie podpisywałem żadnej umowy czy zgody na to ? – tak można pomyśleć. Jednak bank, dzięki temu pozyska więcej klientów. Więcej zarobi. Tylko dlaczego nie mamy udziału w tych zyskach ?

Bank inwestuje m.in. w reklamę z wypracowanych przez siebie zysków, więc mu wolno. Tylko, że tak na dobra sprawę, bank nie ma własnych pieniędzy. Obraca pieniędzmi klientów. Wie jak to robić a tym bardziej z korzyścią. Jednak dociekliwemu czytelnikowi może zrodzić się pytanie, czy proponowana przez bank, nisko oprocentowana książeczka mieszkaniowa (Bausparvertrag), która da nam tzw. kapitał własny, potrzebny do sfinalizowania kredytu, dopiero po kilku-/ kilkunastu latach plus sam kredyt na lat 30, jest opcją opłacalną i sensowną ? W końcu bierzemy ślub z bankiem, w sumie na jakieś 40-50 lat (!). To prawie cale nasze życie, a taka decyzje o budowie czy zakupie domu, musielibyśmy podjąć w wieku lat 20-30. Mało który młody człowiek może na starcie swojej kariery zawodowej pochwalić się odpowiednimi zarobkami ważącymi na takiej decyzji. Banki mocno zakorzeniły się w naszej rzeczywistości i zdominowały rynek. Są ważnym elementem gospodarki, w dodatku silnym i wpływowym. Nie siejmy jednak defetyzmu. Możemy śmiało żyć i radzić sobie w zaistniałej rzeczywistości. Nie zapominajmy, że człowiek jest istotą twórczą i myślącą. Możemy wybierać między bankami, ubezpieczalniami, porównując ich oferty i wybierając dla nas najlepsze. Możemy robić to sami lub zwrócić się o pomoc do doradców finansowych lub ubezpieczeniowych. Oczywiście, na opisywane powyżej przykłady znajdziemy alternatywne i nierzadko lepsze rozwiązania. Musimy jednak chcieć ich szukać i chcieć świadomie kształtować nasz własny świat i rzeczywistość, tworząc ją w miarę jak najbardziej komfortową na przyszłość.

Bo przecież na przyszłości wszystkim nam zależy.

Umowy drobnym druczkiem pisane.

Przed podpisaniem jakiejkolwiek umowy rozsądnym jest porównanie kilku propozycji. Sprawdzenie i porównanie zakresu świadczeń może niejednokrotnie nas zaskoczyć oraz uratować z opresji w sytuacji wymagającej skorzystania z pomocy ubezpieczalni.

Kluczowy aspekt to – nie sugerujemy się w pierwszej kolejności ceną. To jest czynnik drugorzędny. Najpierw zastanówmy się, co chcemy objąć ochroną, w jakiej wysokości i w jakim zakresie. Następnie szukajmy oferty, która odpowiada przy okazji naszym oczekiwaniom budżetowym. Czasem trzeba będzie pójść na kompromis i być może zapłacić troszkę więcej, jednak za cenę gwarancji i pełnych świadczeń.

Autor:

Bartosz Drajling – doradca ubezpieczeniowy

Zabrania się kopiowania i rozpowszechniania zamieszczonych na stronie treści.